Witam!
Czytałam dziś kulisy. Taka śliczna ta Malwa. I tak sie zastanawiam że wszystkie te biedne dzieci miały jakieś popaprane dzieciństwo. Właściwie dlaczego Banary wybierał te z popapranym dzieciństwem? Bo takie chciały "ulecieć" gdzieś daleko. Wiem była o tym mowa nie raz. Ale wraca do mnie obraz Malwy nieprzytomnej, po narkotykach na jakiejś tam melinie. Zastanawiam sie co ja do tego pchnęło. Co Jej było. Co z Nią było.
Mijam często takie biedne dzieci z patologicznych rodzin jak idę rano do pracy a one do szkoły...idą...przynajmniej próbują, mają brudne ubrania, podarty plecak, pewno są głodne i niewyspane bo mamuśka z kolejnym panem kaziem balowała całą noc...i jak takie dziecko 8, 10 letnie może myśleć o szkole o nauce jak ono myśli o chlebie i kiełbasie bo jest po prostu głodne. U nas w ogóle bieda, nędza i nic się nie robi z takimi dzieciakami. Może w dużych miastach sa programy jakieś tam ratunkowe. Nie ma kasy, nikomu się nie chce. A w takim małym nienawiść do wszystkiego i wszystkich rośnie, rośnie....
Takie tam mam przemyślenia. Zawsze jak widzę ten rysunek Malwy to mi sie tak smutno robi że juz jej nie ma....
Dlaczego umarła?... czy musiało tak być.... Pewnie byłaby niewiele starsza ode mnie....
Pozdrawiam Hania
Pani Haniu,
Uderza pani w najczulsze struny, które od tak dawna we mnie grają. Choć nie miałem tak ciężkiego (aż tak ciężkiego) dzieciństwa jak przypadki, które pani dziś opisała, to bardzo… bardzo jestem czuły na dziecięcą krzywdę, a szczególnie tę krzywdę, wywołaną przez rodziców… przez ich egoistyczne i mętne życie. Nie ma pani pojęcia jak wiele rodziców nie zdaje sobie sprawy z tego, że wyrządzają krzywdę, takim swoim beztroskim życiem. Takim ciągłym melanżem, w którym dzieci są i istnieją… i nawet nie mam teraz na myśli rodzin patologicznych. Tam sprawa jest jasna. Myślę, że najgorsze są rodziny, w których pije się tak normalnie. Każdy weekend spędzany na działce, piątek, sobota i po powrocie do domu, reszta niedzieli. Ciągle jakaś rodzina… ciągle coś. Picie i rozmowy. I niby nic, ale tego czasu dla dziecka nie ma. Ważniejsza jest wódka… a to lekkie winko, a już na pewno „niegroźne” piwko. A dziecko to gorzej przyjmuje… dlaczego. A bo nie ma tym rozrób… nie ma krzyków… nie ma zadymy, bicia naczyń… ale jest coś czego dziecko nie rozumie. Jest mama ze szklistymi oczami, jest tata, który się chwieje przy kolejnej wizycie w łazience. A dziecko stoi i próbuje znaleźć w tym swoje miejsce.
Pani Haniu,
A te dzieci, które pani spotyka na ulicy, to dopiero na mnie działa… i jakże nie trudno się domyślić, co jest tam w tej młodej głowie… zamiast wspomnienia wspólnych chwil z rodzicami… wspomnienie ich wspólnych chwil przy stole.
Bober Banary pracował całe swe życie z takimi dziećmi. Od momentu, kiedy trafił jako (w sumie) pacjent do Trenton. Przecież Bober później był lekarzem, był pedagogiem. Zajmował się takimi przypadkami… aż w pewnym momencie uznał, że w żaden sposób nie może im pomóc. I wpadł na szaleńczy pomysł, że zacznie zajmować się najcięższymi przypadkami… dziećmi, które nie dają tak bardzo rady, aż odbierają sobie życie. I Banary nie widział żadnego sensu o żadnej szansy, by ich przed tym powstrzymywać. On nie widział w tym sensu. On postanowił odmienić ich życie tam… tam gdzieś, gdzie zapewni im spokój i raj… dlatego Banary jest takim dwuczłonowym, przeciwstawnym, dualistycznym tworem człowieka. A według Pani?
pisać do mnie proszę: jacek.roczniak@gmail.com
środa, 12 maja 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz