Zastanawiam się, czym naprawdę może być warsztat. Warsztat składający się ze słów. Do tej pory, zależało mi najbardziej na narratorze, który opowiada tylko to, co widzi. Narrator całkowicie niemyślący. Takie pisanie jest trudne. Kiedy piszę w pierwszej osobie, mogę wyrażać wszystko co chcę i jak chcę. Mój stan ducha podpowiada słowa. Ale przy zimnej narracji, tam gdzie nie ma myślenia, trzeba włożyć wiele wysiłku, by oddać to, co bohater robi lub co zrobić próbuje.
Język to słowa, które mają wytworzyć w twej głowie obraz. Po to piszę. Jeśli pewne zdanie naszpikuję przymiotnikami, jeśli powsadzam w nie porównania lub okraszę przenośniami, wtedy ten obraz zaczyna nabierać nasycenia. Kolory są nasycone. Wyraźne. Czuć od nich ciepło.
Grudniowy koniec dnia rozpalał gazowe lampy tuż po piętnastej. Szklane oprawy ocieplały się w ciągu kilku minut i lądujące płatki, w mgnieniu oka zamieniały się w krople, mknąc w dół kilka sekund, aż do wyschnięcia. Dziewiętnasto wieczny mróz, kneblował uliczne krany i wekował płytkie studnie, nad którymi pochylały się długie, drewniane żurawie.Ale jeśli w drugim zdaniu, pominę wszystkie dodatki i napiszę, że Śnieg padał od rana.
Toż to żadna informacja, a jeśli już, to tylko dla tego, kto ma odśnieżyć chodnik.
Tak się więc błąkam. Myślę i patrzę. Maluję.
piątek, 24 czerwca 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz