piątek, 10 czerwca 2011

zaczynam pisać

Błąkam się właśnie wspomnieniami po Holloway, londyńskim więzieniu dla kobiet. Oczywiście wspomnieniami Miki Fields, której matka pracowała przy więziennej kuchni. To tam Miki napatrzyła się i nasłuchała od matki, jakich ciężkich zbrodni, mogą dopuścić się kobiety. Jak bardzo los bywa surowy i jak często, musisz z tym losem zatańczyć, by nie owiał cię północnym wiatrem. „Ferro Voo Geo” póki co, przyprawia mnie o zimny pot na plecach. Rozpoznaję te materiały, które udało mi się zgromadzić w 1998 roku, porównuję z tym, co pisałem trzy lata temu… i chyba za dużo myślę. Myślałem, że samo gęste już wylałem w „Synu Bobera”. Tak myślałem, ale myślałem błędnie.
Sama podróż Miki oraz Niemego po Ziemi Voo Geo, jest jak przypiekanie trójfazowym prądem. I do tego ten panicz Milford. Tak, ten właśnie Stetch Milford, który przecież ich rozdzielił. Patrzę. Staram się pisać, ale mogę to robić tylko nocami. Rozdziały nieparzyste są takie cierpkie. Wyzwalają to, czego chyba jeszcze nie czułem. Niby to część tej samej historii, ale to tylko pozory. Tej części, nie można porównać do niczego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz